Teraz, kiedy załatwiła to definitywnie, czuła tylko potworne zmęczenie. Nie ulgę, jak to sobie wyobrażała.
Dla Elizy to był horror – poszła do Marka, aby uzgodnić kilka szczegółów dotyczących ich ślubu. To był koniec lipca, ślub miał się odbyć w połowie sierpnia. Nie zadzwoniła, miała swoje klucze. Zaraz po wejściu do przedpokoju natknęła się na rzucone niedbale damskie buty. Metr dalej leżały majtki. Usłyszała jęk. Nie mogła, nie potrafiła się powstrzymać. Zajrzała do stołowego.
Na stole, na brzuchu, wypinając tyłek na ciosy Marka, leżała jakaś kobieta. Eliza chwilę przyglądała się jak jej teraz już eks-narzeczony z zapałem dźga cipę tamtej szmaty. Cicho, nie chcąc psuć zabawiającej się parze humorów, cofnęła się do przedpokoju. Wyjęła z torebki długopis, znalazła jakąś kartkę przy telefonie i zaczęła pisać. Nagle usłyszała:
– Chcę w drugą dziurkę. Proszę…
Znała ten głos. Już od dziesięciu lat. Przyjaźniły się, były jak papużki–nierozłączki. Słuchała tego głosu tyle lat, mówił o tylu sprawach… Opowiadał o intymnych randkach właścicielki, jej pierwszym razie, szkolnych kłopotach… Pocieszał ją, czasem krytykował. Kochała go. Do tej chwili. Teraz słyszała, jak mówi:
– Spokojnie, nie tak… Ouu… Wolniej, kochanie… Taaak, włóż go do końca… Cudownie…
Nienawidziła tego głosu. Śmiertelnie nienawidziła. Słyszała jęki jego właścicielki i posapywania jej pogromcy. Pospiesznie pisała…
– Ouuu… Tak… Tak… Taaaaaaaaaak!!!… – Jesteś niesamowita – to Marek. Po chwili: – Spotkamy się jeszcze?
– Pewnie, głuptasie. Co byś powiedział na małe co nieco na waszym weselu?
– Czemu nie? Ona się nie dowie?
– Skąd? Od ciebie? Bo ja jakoś nie mam zamiaru się chwalić…
Śmiech. Ich obojga.
Elizie zawirowało w głowie. Zobaczyła, że tak dobrze znany przedpokój tańczy przed jej oczami. Wstała i podeszła do drzwi, dotknęła klamki…
– Chcę jeszcze raz!
– Nie mogę, różyczko.
Ile razy słyszała to określenie? Dla niego zawsze była różyczką. Różyczką, którą kochał do szaleństwa, różyczką, dla której mógł zrobić wszystko i jeszcze trochę. Zawsze tak mówił. Jak się okazuje, jest całkiem niezłym ogrodnikiem – pomyślała cynicznie. Ale różyczki mają także kolce – dokończyła.
– Chodź, daj mi go…
– Mmmm…
No tak, ciągnie mu druta. Zresztą, dlaczego nie? Ja tego zbytnio nie lubię, on tak… A ile razy przechwalała się, jaka z niej mistrzyni… Cóż, ukłujemy biedaczka… Schowała prawie zapisaną kartkę do torebki i cicho wyszła z mieszkania. Dopiero po godzinie, w domu, zaczęła krzyczeć.
Następnego dnia zobaczyła się z ojcem Marka. Krótko i treściwie opowiedziała mu, co widziała i słyszała poprzedniego dnia. Starszy pan był bliski zawału i zrobiło się jej żal. Z drugiej strony…
Nie wychował sobie jedynaka, to teraz ma. Uzgodnili, że winowajca zajmie się zakończeniem formalności. Pożegnała się i wyszła. Wiedziała, że to jeszcze nie wszystko, co mogła zrobić. Jeszcze tylko krótka wizyta w sex-shopie. Teraz została do zrobienia najtrudniejsza rzecz. Zadzwoniła do Marka i umówiła się z nim na kolację. Na specjalną kolację. U niego.
Nazajutrz miała wrażenie, że wszystko wokół pływa i zmienia kształty. Czuła się obco we własnym mieszkaniu. Pomyliła kuchnię z łazienką. W pracy niewiele brakowało, aby spartaczyła ważne negocjacje. Na całe szczęście – dla negocjacji, nie dla niej – pojawił się jej szef. Jakoś udało mu się doprowadzić rozmowy do pożądanego zakończenia. Następnie odbył z Elizą rozmowę w cztery oczy.
To nie była przyjemna rozmowa. Eliza jednak była szczera i udało się jej udobruchać przełożonego. Ba, wykazał zrozumienie. Doszła do cynicznego wniosku, że pewnie chciałby odegrać rolę pocieszyciela.
Po skończeniu pracy pojechała do domu. Kąpiel. Nie miała dużych kłopotów z doborem stroju – czarne koronkowe majteczki, staniczek i pas do pończoch. „Rajstopowate” pończochy. Stonowana, ciemnoszara suknia – ta, która zawsze go tak podniecała, z głębokim rozcięciem odsłaniającym prawą nogę do połowy uda – i czarne bolerko. W międzyczasie makijaż. Zapakować wczorajszy zakup… Buty, torebka… Gotowe.
Jazda przez miasto była koszmarem – kompletnie nie była w stanie skoncentrować się na prowadzeniu. Myślała tylko o jednym: musi mu dokopać.
Przed drzwiami mieszkania Marka zatrzymała się na moment. Przypomniało się jej przedwczorajsze „przedstawienie”, którego była mimowolnym świadkiem. W głowie dźwięczało. Chcę w drugą dziurkę… małe co nieco… nie mam zamiaru się chwalić… Śmiech. Oni oboje się śmiali. Śmiech… Nacisnęła dzwonek.
Marek otworzył w garniturze. Zdziwił się na widok paczki w jej ręku, ale nic nie powiedział. Szarmancko ucałował w rękę, pomógł się rozebrać i poprowadził do stołowego. Na stole stał świecznik, nakrycia na dwie osoby i butelka dobrego wina.
Eliza już wiedziała, co zrobi. Siadając, postarała się pokazać, że jest w pończochach. Udało się – Marek zająknął się i stracił wątek. No, to zaczynamy ten cyrk – stwierdziła.
Rozmawiali o błahostkach, ale rozmowa zaczynała mieć drugie dno. Pojawił się erotyczny podtekst. W pewnej chwili przestał być podtekstem. Marek zaczął mówić o tym, jak chciałby ją wziąć i co zrobiłby później. Często tak rozmawiali – zawsze po tego typu dialogach z rozmachem lądowali w łóżku i namiętnie się kochali. Teraz będzie inaczej. Zaraz zaczniesz się pocić – uśmiechnęła się do siebie.
– To jest specjalna kolacja – powiedziała nagle.
– Specjalna kolacja czy specjalne „po kolacji”? – uśmiechnął się.
– Kolacja, Marku. Mam do ciebie parę pytań.
– Nie mogę się doczekać. Mam cholerną ochotę na „po kolacji”. Też specjalne – popatrzył na nią wygłodniałym wzrokiem. – „Po kolacji” też będzie bardzo specjalne. Obiecuję.
Tak, to będzie coś bardzo specjalnego. Przysięgam – uśmiechnęła się do swoich myśli.
– Pytaj. Proszę. Nie męcz mnie dłużej. Tak cię pragnę…
– Naprawdę? – nieszczerze się zdziwiła. Widziała dokładnie jego podniecenie, to, jak usiłował je opanować.
– Pytaj. Pragnę cię. Za moment nie wytrzymam.
To widać. Zaraz się spuści. Trzeba trochę go ostudzić – pomyślała rozbawiona.
– Zapraszamy Agatę na wesele?
– Przecież to twoja najlepsza przyjaciółka. Dlaczego pytasz?
– Na małe co nieco? – zapytała z miłym uśmiechem.
– Słucham? – Marek wyglądał na lekko wstrząśniętego.
– Ja zapraszałam ją na wesele. Ty, jak sądzę, na coś więcej.
– Co?!
– Powiedz mi, kochanie: co to za małe co nieco?
Zachowanie Marka nagle radykalnie się zmieniło. Przez moment wpatrywał się w nią bez słowa. Później się odezwał, a wiązka bluzgów adresowana zarówno do Agaty jak i Elizy wywołała u niej głębokie rumieńce.
– A jak było w drugiej dziurce Agaty–różyczki? – wciąż słodko się uśmiechała.
Nie było odpowiedzi. Marek siedział z otwartymi ustami i ciężko oddychał. Wyglądał dokładnie tak, jak jego ojciec poprzedniego dnia.
– Byłam u ciebie przedwczoraj. Byliście tak zajęci sobą, że nie zwróciliście na mnie uwagi.
Wpatrywał się w nią wzrokiem szaleńca.
– Spierdalaj – wychrypiał.
– Słucham?
– Spierdalaj. Już!
– Już wychodzę. I niech ci dobrze służy.
Rzuciła w jego stronę paczkę. Podniosła się od stołu i wyszła. Ubrała się i zajrzała do pokoju. Marek właśnie rozpakowywał prezent. Stanęła i z zaciekawionym rozbawieniem obserwowała, jak kolorowy papier spada na podłogę. Trzymał w ręku pudełko z napisem „Sexy Doll”.
– Co to jest? – zachrypiał po dłuższej chwili.
– Mała pamiątka.
Nie oglądała się za siebie. Ubrała się, rzuciła klucze na komodę w przedpokoju. Wyszła. W swoim mieszkaniu, już leżąc w łóżku, płakała.
Ostatecznie, czemu nie? – pomyślała nazajutrz, gdy szef zaprosił ją na kawę. Godzinę później siedzieli w jego gabinecie i rozmawiali. Nie wiedziała, kiedy przeszli z sobą na „ty”. Wydawało się jej, że zna tego człowieka od nie wiadomo kiedy. Był bardzo ciekaw, jak ostatecznie załatwiła sprawę z narzeczonym. Opowiedziała mu wszystko. Długo śmiał się z zakończenia. Wreszcie nieco się uspokoił.
– I co teraz?
– O co ci chodzi?
– O ciebie.
– Nie wiem.
Michał ją pociągał, to fakt. Wysoki szatyn, szczupły, wysportowany. Nieraz wyobrażała sobie, że bierze ją właśnie tu, w tym gabinecie. Wyobraźnia podsunęła jej jedną z takich scen: ona, z wypiętą pupą, w sukience zarzuconej na plecy, półleży na biurku. Opiera się na podłodze jedną nogą, druga ugięte w kolanie leży na biurku. Jest bardzo otwarta. I bardzo mokra. Michał klęczy za nią. Penetruje językiem rowek między pośladkami, zsuwa się coraz niżej… Cichutko jęknęła.
– Eliza…
Podskoczyła na krześle. Otworzyła oczy. Klęczał przed nią. Patrzył jej prosto w oczy. Tonęła w tym spojrzeniu.
– Pragnę cię.
– Ja… Michał…
– Nic nie mów…
Całowali się. Długo. Poczuła, że jest bardzo podniecona. Powiedziała mu, co sobie wyobraziła. Delikatnie, bez słowa, poprowadził ją w stronę biurka. Zamknęła oczy. Czuła, że sukienka podjeżdża do góry. Majtki powoli przesuwały się coraz niżej. Całe podbrzusze paliło. Ręce Michała na pośladkach… Jego język… – Michał… Weź mnie…
– Poczekaj chwilę. Nie spiesz się tak.
Dotknięcie języka między pośladkami. Jęknęła. Rozciągnął je na boki i dalej przesuwał się wzdłuż rowka. Leciutko dotknął odbytu końcem języka. Zajęczała.
– Weź mnie! Proszę!
Brak odpowiedzi. Teraz lizał jej szparkę. Była tak mokra i gorąca jak chyba nigdy dotąd. Jęczała coraz głośniej.
– Michał!!!
Pieszczoty się urwały. Szelest materiału. Po chwili Michał wszedł w nią – mocno, zdecydowanie. Prawie brutalnie. Jęczała coraz głośniej. Kurczowo trzymała się krawędzi biurka. Gorąco… Przestał się poruszać. Otworzyła oczy i spojrzała na niego.
– Coś się stało?
– Wiesz… Zawsze chciałem się kochać od tyłu – wyrzucił z siebie po dłuższej chwili.
– A będziesz delikatny?
– Chcesz?!
– Tylko spróbować. Nigdy tego nie robiłam.
– Ja też nie…
Uśmiechnęła się do niego.
– Chodź. Ale uważaj.
Wycofał się z niej. Mocno rozciągnął jej pośladki na boki i przyłożył koniec swojej buławy do mniejszej dziurki. Skuliła się. Poczuła pchnięcie. Zabolało. Jeszcze raz. I jeszcze…
– Michał, przestań!
– Boli?
– Teraz już nie.
– Wiesz… już jestem w środku…
– Żartujesz?
– Nie. A co teraz czujesz? – przesunął się w niej.
– Przyjemne.
Jęczała coraz głośniej, w miarę wzrostu tempa jego ruchów. Po kilku minutach poczuła jego nasienie, uderzające w jej wnętrze. Raz… Drugi… Trzeci… Bezwładnie opadła na biurko. Michał wyszedł z niej i bez słowa odwrócił na plecy. Rozsunął jej nogi i zaczął pieścić językiem jej norkę. Wessał się w nią. Eksplozja rozkoszy…
Ubierali się bez słowa. Dopiero kiedy z powrotem usiedli naprzeciwko siebie, Michał wyjąkał:
– Eliza… Wiesz… Ja nie chciałem, żeby…
– Żebym pomyślała, że chciałeś mnie pocieszyć?
Zaczerwienił się.
– Potrzebowałeś tego?
– Tak…
– To o co chodzi? Ja też.
Pukanie do drzwi. Sekretarka Michała.
– Pani Elizo, był jakiś pan do pani. Zostawił to – podała jej paczkę i wyszła.
– Niech zgadnę, co i od kogo… – mruknęła, zdejmując opakowanie.
Roześmiali się oboje na widok wielkiego, sztucznego fallusa obwiązanego czarną wstążką. Na końcu wstążki dyndała niewielka karteczka z czterema starannie wykaligrafowanymi słowami.
