Nie ma to jak wieczorny powrót do domu – w piątek, przez małe, znane do bólu i z powrotem miasteczko. W tych samych miejscach te same co tydzień grupki tak samo jak co tydzień zabalsamowanych kapturników, te same tematy bełkotliwych rozmów… O, tu coś innego niż zwykle – trzy dziewczyny, pewnie próbowały mocniejszych używek.. Jedna siedzi na ławeczce pod klatką, dwie pozostałe stoją i lampią się na nią jakby objawienie miały… W sumie nic ciekawego, cotygodniowa panoramka…
Skrzyp drzwi. Nierównomierny, szybki stukot obcasów po drugiej stronie uliczki. I niewybredne komentarze pięciu czy sześciu typa, siedzących w klatce obok, poprzedzone chwilą milczenia. Aż się obejrzałem, mimo zaabsorbowania własnymi sprawami.
Była warta obejrzenia się – i nie tylko obejrzenia, o ile stwierdziłem na pierwszy, szybki rzut oka. Płaszczyk do pół uda i wysokie, dopasowane kozaczki na bardzo zgrabnych nogach. Taka samica, sama o tej porze?… Miło byłoby jakoś zagaić i zawrzeć znajomość, najlepiej od razu taką bardziej dogłębną…
Na samą myśl o możliwości posiadania, choć raz, choć przez chwilę, tak wyglądającej kobiety, tak po prostu, właśnie w tej chwili i w tej scenerii – pochłaniające mnie rozważania o przyziemnych i raczej niewesołych sprawach momentalnie się rozpłynęły, wtopiły w mgłę.
A wieczór był mglisty, wilgotny i ogólnie nieprzyjemny. Bury, ciężki opar snuł się wszędzie, upodabniając znane na pamięć kąty do scenerii horroru – w ciągu piętnastu minut marszu kilkakrotnie łapałem się na skojarzeniach typu „jeszcze tylko czerwonookich paskudników brakuje” albo „jak teraz pies zawyje, to zacznę wilkołaków wypatrywać”. Teraz momentalnie wyleciało mi to z głowy, uruchomiła się za to wyuzdana, drzemiąca przez ostatnie kilka dni część wyobraźni. Przystanąłem i zapalając papierosa próbowałem odpędzić od siebie ten obsceniczny fotoplastykon. Nie docierało do mnie, że kroki się zbliżają.
– Dobry wieczór…
Dosłownie podskoczyłem. Znany głos. Dobrze znany. Sąsiadka z drugiego piętra. Nieraz ją obserwowałem. Nawet kiedy szła z dwoma torbami zakupów czy myła schody – całym ciałem, każdym ruchem domagała się mocnego, brutalnego zerżnięcia, przynajmniej tak to odbierałem. I robiłem to dziesiątki razy. Każda sytuacja dawała pretekst, każde miejsce się nadawało. Brałem ją bez słowa, bez pieszczot, gwałciłem ją za jej pełnym przyzwoleniem – albo, kontrastowo, długo i delikatnie pieściłem każdy milimetr kwadratowy jej cudownie uformowanego ciała „ryczącej czterdziestki”, doprowadzałem ją do szczytu muśnięciami opuszków palców i wodzeniem koniuszkiem języka po najwrażliwszych miejscach. Robiłem to wszystko – w fantazjach. Realnie nie odważyłem się nawet napomknąć jej o tych swoich pornograficznych mrzonkach. Nie musiałem, bo czułem przez skórę, że świetnie wie jak bardzo na mnie działa. One to po prostu wiedzą i już, nie pytajcie jak.
– Dobry wieczór… Jestem pod jeszcze większym wrażeniem niż zwykle – uśmiechnąłem się. Zawsze mówiłem jej, że jestem pod wrażeniem. Zgodnie z prawdą. I zawsze kwitowała to nieodgadnionym uśmiechem, który nakręcał mnie jeszcze bardziej.
Efekt zawsze był taki, że jąkałem się, gubiłem wątek i ogólnie wychodziłem na bardzo niezbornego osobnika. Przynajmniej samemu sobie taki się wydawałem. Nic dziwnego, że momentalnie się urywała, na jej miejscu to samo bym robił… Zawsze coś podobnego mi przez łepetynę przelatywało, kiedy mówiła „do widzenia” i szła w swoją stronę. Nie powiem, żeby to podbudowywało. Ciekawe, czy dziś też tak szybko zniknie… Miałem jakiś milion procent pewności, że tak będzie, bo do bloku było jakieś czterysta metrów…
– Chodźmy stąd, boję się… – wsunęła mi rękę pod ramię i delikatnie pociągnęła.
Nie udało mi się osłupieć z tej prostej przyczyny, że już szliśmy. Ale ogłuszenie nie przeszło tak od razu – i oczywiście nie załapałem początku wypowiedzi. I znów wyszedłem na kompletnie niezborny umysłowo egzemplarz. Jak zwykle zresztą…
– …się spokojnie przejść… A pan jak zwykle nie słucha… – W ostatnim zdaniu zadźwięczał taki wyrzut, że kompletnie straciłem orientację i oczywiście musiałem coś walnąć. Po prostu nie było siły, musiałem i już.
– To przez to wrażenie, które pani wywiera. A jeszcze teraz…
Zamilkła na dłuższą chwilę i już zacząłem sobie wymyślać od najgorszych.
– Jakie wrażenie? – wydawało mi się, że dobrze się bawi. Ja, przeciwnie, znowu zacząłem się dołować. Zaczęło mi być wszystko jedno.
– A jak się pani wydaje?
– Właśnie nie wiem, ale chyba pozytywne…
– Pod pewnymi względami bardzo pozytywne, można powiedzieć… Ale nie wiem, czy powinienem o tym otwarcie mówić…
– Dlaczego nie? Powiedzieć można wszystko, byle kulturalnie.
Załamka. Dosłownie. Jak tu mam, do ciężkiej cholery, myśleć?… Stoi jak kolumna Zygmunta, a ty człowieku myśl żeby się nie wygłupić i kobiety nie urazić…
– Pewnych rzeczy lepiej po prostu nie mówić i już… – zacząłem się robić coraz bardziej zły. Na siebie, że tak się dałem onieśmielić, na nią, że tak mnie podnieca, na okoliczności, że się tak poskładało…
– A gdybym bardzo bardzo mocno poprosiła, żeby mi pan powiedział?… Tak bardzo bardzo ładnie?… – ten proszący ton rozbrajał, powodował, że coraz bardziej miękłem. I coraz bardziej twardniałem. A ona przytuliła się do mojego ramienia i nalegała. Powiedział… Powiedział… A może raczej zademonstrował?… Najlepiej tak bardzo bardzo dogłębnie… Wacek stał w najlepsze i był taki twardy, że aż bolał.
– A jak, przepraszam bardzo, może się czuć normalny zdrowy facet w towarzystwie takiej kobiety jak pani? Mam dosadnie wytłumaczyć?
Zatrzymała się nagle i stanęła twarzą w twarz ze mną – tak blisko, że czułem ruch jej piersi przez jej płaszcz i moją kurtkę. Bez słowa objęła mnie i pocałowała – mocno i z pasją. Wessała się jak pijawka, zapuszczała językiem bardzo głęboko. Nie wiem kiedy, moje dłonie zawędrowały na jej plecy. Przycisnąłem ją do siebie. Mocno. Wodziłem dłońmi po jej plecach. Niżej. Drgnęła, potem znieruchomiała. Oderwała wargi od moich.
– Chodźmy.
Poszliśmy. Znów wsunęła mi dłoń pod ramię. Kompletnie zdezorientowany i wręcz ogłuszony rozwojem sytuacji, pozwalałem się prowadzić. Szła pewnie, prosto w stronę bloku. Nie mówiłem ani słowa, nie wiedziałem ani co powiedzieć, ani gdzie się podziać, ani co z sobą zrobić. Przed oczami wyobraźni jak w kalejdoskopie migotały scenki z nią i mną w rolach głównych, a wacek aż bolał i domagał się natychmiastowej ulgi. Sąsiadka też nic nie mówiła. Rozglądała się tylko po dość niesamowitej scenerii – znane od lat osiedle było powleczone mgłą, nieco tylko rozjaśnianą kulami światła z latarni i prostokątami okien, za którymi paliło się światło i toczyło spokojne życie. A my szliśmy. Nie było daleko, ledwie te paręset metrów, ale miałem wrażenie, że idziemy tak i idziemy nie wiadomo jak daleko i dotrzemy tam w bliżej nieokreślonym momencie gdzieś w dalekiej przyszłości. Nie było zimno, ale za to bardzo nieprzyjemnie. Ostry stukot jej obcasów na chodnikowej kostce zdawał się matowieć i ginąć w tej niesamowitej mgle. Wszystko stawało się coraz bardziej nierzeczywiste…
– Gdzie ja mam te cholerne klucze?
Ocknąłem się. Staliśmy prze wejściem do klatki. Nerwowo sprawdzała jedną kieszeń po drugiej, w końcu zaczęła rozpinać torebkę.
– Ja mam pod ręką, niech pani nie szuka – sięgnąłem do kieszeni.
Otworzyłem drzwi i przepuściłem ją przodem. Nie zapaliła światła, czekała na mnie w półmroku rozpraszanym światłem lampy nad drzwiami. Widziałem tylko jej leciutko rozchylone usta. Jeszcze czułem ich dotyk na swoich. Nie potrafiłem się opanować. Znów się całowaliśmy – dziko i żarłocznie. Czułem jej rwący się oddech. Przyciskałem ją do siebie, błądziłem dłońmi po jej plecach, zapuszczałem się na pośladki – nie pozostawała mi dłużna. I całą sobą zachęcała do jeszcze śmielszych pieszczot. Przyciskając się do mnie całym ciałem, wcisnęła mi udo między nogi i zaczęła nim poruszać. W górę i w dół, w górę i w dół… Byłem półprzytomny z pożądania, chciałem wziąć ją na tej klatce, nie zważając na to, że w każdej chwili ktoś mógł się pojawić – jej mąż, moja żona… To było odległe i nieważne, liczyło się tylko zwierzęce pragnienie zatopienia się w niej… Wiedziała, co czuję i do czego zmierzam. I chyba pomyślała o tym samym, bo wyciągnęła rękę za siebie i złapała za klamkę drzwi do piwnicy. Były zamknięte. Ale miałem przy sobie, jak zwykle, wszystkie klucze. Zeszła pierwsza, ja zmarudziłem na moment, żeby zamknąć drzwi na klucz. Nie odeszła daleko. Już schodząc z ostatniego stopnia poczułem jej obecność. Ustawiła się tak, że po prostu na nią wpadłem. Położyłem jej dłonie na ramionach i zsunąłem na piersi. Lekko je ścisnąłem i zabrałem się za rozpinanie płaszcza. Oddychała ciężko. Nie zrobiła najmniejszego gestu, ani aby mi pomóc, ani aby przeszkodzić. Znów głaskałem jej piersi – czułem ich jędrność przez cienką bluzeczkę i delikatny stanik. Przesunąłem dłonie na plecy, głaskałem ją i lekko masowałem. Poczułem na twarzy delikatny dotyk jej ust. Przesuwała nimi po czole, policzkach, zbliżyła się do ust… Delikatnie złapałem zębami jej zwinny, szybki język. Nie cofnęła go, przeciwnie – poczułem go jeszcze głębiej w ustach. Wiercił się i rozpychał, drażnił i podniecał… Tańczył…
Dłonie same zjechały na jej pośladki, podsunąłem spódniczkę do góry i zacząłem dobierać się do jej pupy. Pośladki miała jędrne i osłonięte tylko rajstopami – te trzy nitki na krzyż, które ostatnio określa się mianem majtek, miały za zadanie wyłącznie utrzymywanie nędznej namiastki liścia figowego. Tak że tyłeczek miała w sumie cały na wierzchu. Zwłaszcza gdy wsunąłem dłonie pod rajstopy i pieściłem ją coraz śmielej, zapuszczałem się w coraz bardziej prywatne rewiry. Ssała mój język i trzymała dłońmi twarz, kiedy odsunąłem stringi nieco na bok, wsunąłem palce między te cudowne półkule i jednym ruchem zjechałem do jej muszelki. Była bardzo gorąca i gotowa. Aż ociekała.
Pieściłem oba jej wejścia. Zdecydowanie, może nawet nieco brutalnie. Wsuwałem do środka najpierw jeden palec, potem dwa – i z przodu, i od tyłu. Rwący się oddech i ciche jęki przy mocniejszych pchnięciach nie pozostawiły mi wątpliwości co do słuszności podjętych kroków. Sęk w tym, że była już dość daleko na tej drodze, a ja nawet nie zacząłem iść na dobre – a musiałem biec, żeby ją dogonić.
Wiedzieliśmy, co się za chwilę stanie. Obłędnie jej pragnąłem, chciałem jednym ruchem wbić się w nią i kilkoma mocnymi uderzeniami dojść do końca. Chciałem ją brać, rżnąć jak dziwkę – z wypiętym tyłkiem, spuszczonymi do kolan rajstopami. Pieprzyć ją tak, żeby wyła. Zerżnąć i w tą cudownie mokrą, gotową cipę, i w tyłek, który bez oporów przyjął dwa palce. Chwilowo miałem tylko dylemat, w którym z tych miejsc wolałbym skończyć. A może w ustach, tak żeby połknęła wszystko do ostatniej kropli?
Oderwałem usta od jej warg i nie mówiąc ani słowa, odwróciłem tyłem do siebie. Wiedziała czego chcę i chyba też bardzo tego chciała, bo sama zsunęła rajstopy i mocno się schyliła. Nie pozostało mi nic innego jak tylko uwolnić wacka i ją po prostu zerżnąć – ale czułem, że nie wytrzymam długo. Że wystarczy kilka ruchów w niej i trysnę. A bardzo chciałem, żeby dobrze sobie zapamiętała ten powrót z sąsiadem. Zrobiłem coś, czego strasznie nie lubię – założyłem gumkę. Nienawidzę tego, bo jazda w tym draństwie jest jak lizanie loda przez pancerną szybę, ale tym razem świetnie się sprawdziło. Zwłaszcza, że kapturek miał jakąś taką chropowatą powierzchnię. Już po kilku pchnięciach poczułem, że zaczyna się chwiać. Uśmiechnąłem się do siebie i wyszedłem. Tylko po to, aby nakierować głowicę na jej drugie wejście. Nie oponowała, przeciwnie – wypięła się jeszcze bardziej.
Wchodziłem powoli, delikatnie – a w chwilę później dobijałem jak dziki przez dłuższy moment. Znów wyjście, wjazd do muszelki – i z powrotem pupa… Zmieniłem używane wejście dwa czy trzy razy. Trochę to trwało. Byłem padnięty, ona chyba też – cały czas stała mocno schylona, naprężając mięśnie nóg. Wycofałem się z niej i zdjąłem gumę. Cofnąłem się o krok. Wyprostowała się i odwróciła do mnie.
Położyłem jej dłonie na ramionach i lekko nacisnąłem – zrozumiała, czego od niej chcę. Nie dała się dwa razy prosić. Ukucnęła i poczułem jej język. Wyczyniała z nim jakieś dzikie brewerie, kiedy brała główkę do ust, ale nie zapominała też o trzonie – bardzo dokładnie obcałowała go i wylizała na całej długości. Nie widziałem jej w tych ciemnościach piwnicznych, tylko słyszałem przyspieszony oddech i pomruki, a potem jęki. Jedną ręką obejmowała mnie w pasie – zastanawiałem się, co robi z drugą. Wszystko wskazywało na to, że dręczy muszelkę, bo kiedy poczułem na trzonie dotyk jej palców, były mokre.
Teraz już poszło szybko. Wessała się w sam koniuszek, a zaciśniętą dłonią szybko, ale delikatnie przesuwała po trzonie. Przestała ssać tylko po to, aby móc zatańczyć językiem arcywyuzdany taniec. Wrażenie było niesamowite. Nie wytrzymałem długo, wacek zaczął pulsować. Wiedziała, co się dzieje, zdążyła delikatnie złapać go ustami i zwolniła tempo trzepania.
To nie było gwałtowne uderzenie, tylko powoli narastające napięcie. Kiedy już myślałem, że cały wybuchnę, dotarłem do końca drogi i wyrzuciłem w jej usta ładunek swojego działa. Strzał po strzale, raz za razem – a ona prawie nie nadążała z połykaniem. Kiedy wypuściła mnie z ust, byłem kompletnie opróżniony i ledwo stałem na nogach.
Ubrałem się i pozapinałem, ona w międzyczasie zrobiła to samo. Jeszcze kiedy otwierałem drzwi do piwnicy, czułem jak się o mnie opiera. Chyba też była tym wyczerpana – dla mnie osobiście wielki komplement. Miałem nadzieję, że się jej podobało i że zechce to powtórzyć, być może w bardziej sprzyjających warunkach. Ale nie zapytałem, nie powiedziałem ani słowa. To ona przerwała milczenie, już w oświetlonej klatce.
– Bardzo dziękuję za… dotrzymanie towarzystwa.
– Cała przyjemność po…
– Nie cała, sąsiedzie – uśmiechnęła się i oblizała wargi. – Gwarantuję, że nie cała.
– Olbrzymia na pewno, sąsiadko.
– Jeszcze raz dziękuję. Dobranoc.
– Dobranoc…
Patrzyłem na jej zgrabne nogi, kiedy wchodziła po schodach. Nie napomknęła ani słowem, ani połową słowa, o możliwości powtórzenia tego, co stało się dosłownie minutę wcześniej, ale miałem jakieś dziewięćdziesiąt procent pewności, że zechce…
To było przedwczoraj – dziś mam sto procent. Minęliśmy się przed blokiem i zamiast tajemniczo się uśmiechnąć na mój stały tekścik o byciu pod wrażeniem, powiedziała po prostu:
– Ja też jestem, sąsiedzie. I chcę się przekonać, że to nie był przypadek…
