Materiał ekstra


Bez kategorii / czwartek, 9 grudnia, 2021

Już pierwszego dnia zajęć okazało się, że będzie wiele do nauczenia. Tyle dobrego, że zajęcia zupełnie nie przypominały lekcji w szkole, to były raczej luźne dyskusje na ciekawe tematy, uzupełniane fachowo przygotowanymi i świetnie prowadzonymi ćwiczeniami. Już na pierwszych czy drugich zajęciach, kiedy była mowa o metodach działania w zespole, Krzysiek wprawił wszystkich kursantów w szaloną i niepohamowaną wesołość, a prowadzącego w osłupienie. Wyglądało to mniej więcej tak, że po teoretycznej podbudowie wykładowca podzielił nas na czteroosobowe grupy, wręczył kapitanowi każdej flamaster i wyznaczył zadanie: namalować tym flamastrem kropkę na przytwierdzonej do sufitu kartce. Wszystkie grupy zaczęły budować jakieś niemożliwe piramidy z krzeseł i biurek. Zrobił się gwar. Tylko w grupie Krzyśka było inaczej: najpierw krótka, dość ostro brzmiąca dyskusja, później długa chwila milczenia — i wreszcie homerycki śmiech. Krzysiek po prostu zabrał flamaster kapitanowi i rzucił nim do góry. Trafił za pierwszym razem. Zadanie wykonane.

Tego samego dnia, po zajęciach i obiedzie, urwaliśmy się we dwoje nad jezioro i wypożyczyliśmy rower wodny. Krzysiek dosłownie pożerał mnie i rozbierał wzrokiem — w sumie nie bardzo było z czego, bo zdążyłam wziąć prysznic i się przebrać, miałam na sobie bardzo skąpą letnią sukieneczkę i sandałki, a pod spodem tylko stringi. Sukienka była prześwitująca od pasa w dół, góra była nieprzezroczysta, więc mogłam nie założyć (i nie założyłam) stanika. Nie powstrzymał się, wyszeptał mi do ucha parę „odpowiednich” komentarzy. Z miejsca zrobiło mi się bardzo gorąco i poczułam, jak wilgotnieję w środku. Z wielkim trudem przyszło mi nieokazanie tego, co wtedy czułam…

Pomysł, aby wpłynąć do jakiejś ustronnej zatoczki, był mój. Na brzegu rosło drzewo, gałęzie zwieszały się prawie nad samą wodę. Krzysiek bez słowa wprowadził nasz pojazd pod ten zielony baldachim. Byliśmy sami.

Bez słowa popatrzył na moje nogi. Zrobiło mi się gorąco – musiałam się wyciągnąć, aby dosięgnąć stopami do pedałów, i sukienka zadarła się tak, że widział mnie praktycznie nagą od pasa w dół. Teoretycznie byłam w majtkach, ale te stringi były tak skąpe, że równie dobrze mogłoby ich nie być. Może nawet byłoby lepiej, nie wcinałyby mi się między delikatne, wrażliwe wargi – i nie drażniłyby ich… Czułam, że jestem w środku bardzo gorąca i bardzo mokra – a szybkie spojrzenie w dół upewniło mnie, że moje wargi nabrzmiały pod pieszczotą majteczek i nieco się rozchyliły. Popatrzyłam na niego – wpatrywał się w moją muszelkę z dzikim skupieniem. Nerwowo oblizywał wargi.

Nagle pochylił się i wessał we mnie. Jak wampir. Był cudownie, niesamowicie żarłoczny i delikatny zarazem. Otworzyłam się na jego pieszczoty najbardziej jak tylko mogłam. Pomógł mi palcami. Zajęczałam, czułam, że aż ociekam. Ściągnęłam sukienkę przez głowę i zostałam naga. Te parę paseczków materiału się nie liczyło. Nic się nie liczyło poza tym, że było mi bardzo dobrze i że chciałam więcej i więcej. Byłam na najlepszej drodze na sam szczyt. Pojękiwałam coraz głośniej, oddech zaczął się rwać… Zacisnęłam powieki i zaczęłam pieścić swoje piersi, tak jak tyle razy, kiedy byłam sama. Ale teraz było zupełnie inaczej – czułam głodne, namiętne, cudownie delikatne usta na swojej palącej muszelce…

Początkowo nieśmiałe, później coraz odważniejsze palce, przesuwające się po wewnętrznej stronie ud, błądzące po delikatnym, teraz bardzo nabrzmiałym, ociekającym wzgórku – zapuszczające się między pośladki, dotykające mojego drugiego wejścia i uciekające z powrotem… Cała płonęłam… Jęknęłam, kiedy przez cieniutki materiał zaczął ssać mój twardy, śmiało wychylający się spomiędzy warg guziczek. Fale gorąca i rozkoszy promieniowały z niego na całe moje ciało, wszędzie czułam rozkoszne mrowienie.

Tak bardzo pragnęłam mieć go wtedy w sobie – czuć, jaki jest wielki i twardy, jak wypełnia mnie do granic możliwości… Czuć jego wchodzenie i wychodzenie ze mnie… Coraz szybsze i mocniejsze… I wziąć w siebie cały jego ładunek… Poczuć serię uderzeń w moje wnętrze, widzieć wtedy wyraz jego twarzy… Wariowałam z pożądania…

– Wejdź we mnie… Błagam… – wydyszałam. Oddech się rwał, wszystko falowało przed oczami, byłam o malutki krok od szczytu.

– Nie teraz, kochanie… – przerwał na chwileczkę wsysanie się we mnie. Uniósł wzrok.

Patrzyliśmy sobie w oczy. Widziałam w jego oczach pierwotną, dziką żądzę. On na pewno widział to samo w moim wzroku. Bezgłośnie poruszył ustami. Udało mu się za drugą próbą.

– Będą inne razy, Gosiu… Wiele razy… Teraz pragnę cię tak pieścić… Bardzo długo…

Nie powiedział już ani słowa, znów zaczął mnie dziko pieścić. Nie trwało to długo, świat zawirował i wszystko się zakołysało. Spadałam…