Ach, te upały…


Bez kategorii / niedziela, 3 listopada, 2019

Lato z definicji jest najcieplejszą porą roku. I właściwie od tego zaczęła się ta cała historia. Od tego faktu i jego prostej konsekwencji – z uwagi na temperaturę kobiety noszą na sobie jak najmniej, jak najbardziej przewiewnie i (bardzo często) jak najbardziej prześwitująco. Jako że z natury jestem wrażliwy na kobiece wdzięki, letnim czasem każdy spacer po mieście kończy się dla mnie stanem permanentnej sztywności. Zresztą, czy to jest dziwna reakcja u mężczyzny zewsząd atakowanego widokiem odsłoniętych, wyłaniających się z rozcięć i prześwitujących spod zwiewnych, letnich ciuszków kobiecych ciał?

Jolki nie widziałem od jakiegoś miesiąca. Aż nadto. Upał był z lekka upiorny, więc dotarcie do jej dobrze zadekowanego w piwnicy zakładu było dla mnie pozytywnym szokiem termicznym. Zastukałem. Jola otworzyła mi nieco zakręcona.

– Tomek! Wejdź! Właśnie się zastanawiałam, jak cię złapać!

– O! Co tym razem zbroiłem? Jak zawsze świetnie wyglądasz…

Fakt. Babka sporo starsza ode mnie, a wygląda jak młodsza siostra własnej córki. Kiedyś nie poznałem ich, kiedy razem szły ulicą.

– Jak zawsze wmawiasz starszej pani głupoty.

– Jak zawsze dam starszej pani klapsa za podejście.

Nie oponowała. Nawet lekko wypięła pupę. Tradycyjnie. Klaps zresztą też był tradycyjny – od paru lat tak się kończyło ględzenie o starszej pani. Było to zresztą jak najbardziej uzasadnione. Niejedna nastolatka mogła pozazdrościć jej figury. Zwłaszcza nóg. A że przeważnie nosiła krótkie spódniczki, ciężko mi było opanować się w jej obecności. Zresztą, wcale nie chciałem się opanowywać… Ona również, ale to temat z innej bajki…

– Do czego ci jestem tak potrzebny? – zapytałem kilka minut później, słodząc kawę.

– Nie mnie, tylko Eli.

– Której?

Uśmiechnęła się, słysząc pukanie do drzwi.

– Chyba właśnie wchodzi.

Miała rację. Do zakładu wparowała Ela. Wtedy – pani Ela. W wieku Joli, ale jakże inna. Najkrócej rzecz ujmując – dysponowała pełnią wdzięków „ryczącej czterdziestki”. Ubiór raczej ich nie podkreślał, ale ostatecznie czego można oczekiwać od powyciąganej koszulki i getrów? Swoją drogą, getry bywają bezlitosne. Tu były miłym podkreśleniem linii nóg.

Od razu przeszła do rzeczy. Miała pracę magisterską do korekty i sformatowania, a na horyzoncie żadnego dziobaka do wykonania tego jakże pasjonującego zlecenia. Próbowała mi wytłumaczyć pewne sprawy, ale już po trzech zdaniach zorientowałem się, że w ten sposób się nie dogadamy. Jej wiadomości na temat szczegółów technicznych tworzyły tak malowniczy mętlik, że dałem sobie spokój. Na to będzie jeszcze czas. Umówiliśmy się na następny dzień, około dwudziestej pierwszej.

Jak się okazało, babka wiedziała, o czym pisze, więc poza zasugerowaniem nieznacznych poprawek stylistycznych miałem tylko mechanicznie wklepywać tekst. Co prawda miałem wrażenie, że jestem obserwowany i oceniany, ale…

Jakiś tydzień od pierwszego spotkania, czyli w sobotę wieczorem, punktualnie o umówionej godzinie zapukałem do drzwi jej mieszkania. Trzeba przyznać, że z lekka mnie przytkało. Ela otworzyła w stroju lenio–imprezowym: łososiowy komplecik składający się z minispódniczki i mocno wydekoltowanego żakieciku, czy jak ten ciuch nazwa. Do tego buty na średnim obcasie – ładne to było, a że zdążyłem z lekka pooglądać dziewczyny na spacerze, spodzienny zwierz, do tej pory w miarę spokojnie spoczywający gdzieś pomiędzy, z miejsca zesztywniał i zgłosił pełną gotowość bojową.

Mogło się wydawać, że Ela nie zdawała sobie sprawy, jak na mnie podziałała. Zachowywała się dość swobodnie – na przykład siedząc vis a vis, zakładała nogę na nogę w ten sposób, że widziałem całe jej uda. A było na co popatrzeć. Żeby było zabawniej, cały czas mówiła coś na temat wyglądu pracy po przepisaniu. Zupełnie jakbym był eunuchem. Siedziałem sobie, coraz bardziej podniecony, i kląłem w żywe kamienie. Oczywiście tak, żeby sprawczyni tego całego zamieszania nie zdawała sobie z tego sprawy, czyli bezgłośnie, gdzieś do środka. Fajnie, nie powiem. W pewnej chwili przeciągnęła się, a ja kompletnie straciłem wątek. Niewiele brakowało, aby spore piersi rozsadziły lekki stanik i cienki żakiecik. Czy mi się wydawało, czy sutki były twarde i duże?…

To jeszcze jakoś wytrzymałem. To, że co chwilę, ocierając się o mnie, rysowała mi jakieś szkice stron i tabelek, również. Ale kiedy próbowała znaleźć jakąś kartkę w sporej stercie, odpuściłem. Stała, mocno pochylona, tyłem do mnie, a spódniczka mocno opięła się na jej tyłku i ostro podjechała do góry. Przebiły przez nią kontury majtek. Ostatnim gwoździem do trumny resztek mojej powściągliwości okazało się to, co wyjrzało spod spódniczki. Spory, ściśnięty majtkami, wzgórek. Prosił się o coś.

To był odruch. Nie wiem, kiedy znalazłem się za nią i klęcząc, ściągnąłem jej majtki. Spódniczka podjechała do góry. Ofiara ataku pisnęła, najwyraźniej zaskoczona. Ja też byłem zaskoczony własnym postępowaniem, ale czy to wtedy było ważne? Wtuliłem twarz w jej obfite pośladki. Próbowała mi jakoś uciec, ale przyparta do ściany, z majtkami wokół kostek, raczej nie miała szans. Chwilę później nie miała także ochoty. Robiłem, co tylko było możliwe, aby zaprezentować jej swoją francuszczyznę z jak najlepszej strony. Sądząc po usłyszanych po chwili jękach, zdałem egzamin. Ela oparła się rękami o ścianę i pomagała mi jak tylko mogła, maksymalnie się wypinając. Gładko wygolona, mięsista róża rozwinęła się i poddała pieszczotom. Przejechałem językiem po całej długości szpary, docierając aż do drugiego wejścia. Sapnęła.

Wstałem i uwolniłem swojego bęcwała ze spodni. Mruknęła coś. Nie zrozumiałem, ale nie dopytywałem, o co jej chodziło. Dotknąłem czubkiem wejścia, które przed chwilą lizałem i które teraz, ociekające, czekało na mnie. Mruknęła głośniej. Nie mogłem tego zignorować.

– Słucham?

– Nie przesadzasz?

– A ty?

– Nie wiem… – Sądząc po tonie, zaskoczyło ją to proste pytanie.

– Ładny strój, ale cokolwiek prowokujący, nie uważasz?

– To na imprezę… miałam iść… czekają…

– A naprawdę bardzo chcesz iść?

– No… nie wiem.

– To o co chodzi? – poszedłem na całość. Zagłębienie się w niej było kwestią chwili.

Gościnnie otwarta róża ustąpiła pod minimalnym naciskiem. Ela jęknęła i znieruchomiała.

– Ale… Tomek… Ja muszę…

Leniwie poruszyłem biodrami. Podobało mi się to – chyba nigdy nie spotkałem kobiety o tak jedwabistym, gościnnym wnętrzu. Wcale nie miałem ochoty z niej wychodzić. Coś w jej głosie sugerowało, że jeszcze moment, a będę mógł zrobić z nią, na co tylko będę miał ochotę.

Przesunąłem się w niej jeszcze dwa czy trzy razy i na szybko zastanowiłem się, co dalej. Wyszło z tego, że tak czy inaczej, wtopiłem. Albo teraz zerżnę ją na ostro i później nie da się na nic namówić, albo dam jej spokój i kiedyś, być może, dokończymy. Każdy kij ma dwa końce. A proca trzy – przypomniało mi się zasłyszane gdzieś powiedzonko. A gdybym tak trochę się z nią potargował?…

– Ela?

– Hmmm?

– Naprawdę musisz iść?

– Mhmmm…

– A obiecasz mi coś?

Odwróciła się i uważnie na mnie spojrzała. Jeszcze parę razy zakołysałem biodrami. Wzrok jej nieco zmętniał.

– Co ci obiecać?

Chwilę zastanawiałem się, jak bardzo wyżyłować tak zwaną prośbę, ale nie wyszło mi nic mądrego.

– Że kiedyś spotkamy się specjalnie po to, żeby posiedzieć przy kawce i niegrzecznie się pobawić.

– Jak niegrzecznie?

– Barrrdzo…

– Zademonstrujesz coś? Nie chcę obiecywać w ciemno.

Nie dałem się dwa razy prosić – wycofałem się z niej i wziąłem gorący trzon do ręki. Palcami drugiej namacałem i nieco rozszerzyłem jej drugą dziurkę. Dotknąłem główką wejścia. Szarpnęła się.

– Co ty robisz?!

Przestraszył mnie oburzony, wręcz wściekły ton jej głosu, ale nie dałem za wygraną.

– Chciałaś się dowiedzieć, jak niegrzeczny chcę z tobą być, więc o co ci chodzi?

Nic nie powiedziała. Chyba odjęło jej mowę. Milczenie oznacza zgodę – zaświtało mi gdzieś na granicy obszaru trzeźwego formułowania myśli. Pchnąłem. Ela stęknęła – nie wiem, czy z bólu, czy z przyjemności. Mi w każdym razie było w jej pupie bardzo dobrze. Mniej więcej tak, jak w dopasowanym anatomicznie imadle obłożonym aksamitem. Parę ruchów i zagłębiłem się w niej do końca. Znowu stęknęła.

– Rozrywasz mnie. Zostaw.

– Teraz też?

– Nie, teraz jest dobrze, tak, rób tak dalej, cudownie, aaa, aaaa, aaaaa…

Achała i ochała w takt pchnięć, coraz głośniej i szybciej. Złożenie jej pupie daniny nastąpiło po bardzo niedługim czasie. Kiedy już sflaczały i wyczerpany wojak wyśliznął się z niej, uklękła i lekko go pocałowała. Wstała i cmoknęła mnie w policzek. Wyszła na moment i zniknęła w łazience. Usłyszałem szum wody. Zastanawiając się, czy aby nie przesadziłem, doprowadziłem się do porządku i zająłem notatkami. Jak się nie rozmyśli, to trzeba to pozapisywać – w tym problem, że nie wiedziałem, czy po takich wstępnych ustaleniach będzie miała ochotę na jakąkolwiek współpracę.

Jak się niedługo okazało, miała. I na współpracę, i na „specjalne spotkanie”. Że się ucieszyłem– to mało powiedziane. Wziąłem pendrive z początkiem pracy, zebrałem notatki i zacząłem zbierać się do wyjścia. Co ciekawsze, miałem okazję odprowadzić Elę na imprezę, która była w bloku usytuowanym jakieś trzysta metrów od mojego. Oczywiście nie obyło się bez paru pieszczot przy okazji życzenia miłej imprezy… A po pożegnalnych karesach umówiliśmy się, że zadzwoni, kiedy będzie miała następny rozdział…